Płakałam na filmach setki razy. Ale, gdy do tablicy wywołała mnie Hołka bym popkulturalnie wyznała przy jakich filmach łkam jak dziecko to nagle wpadłam w czarną otchłań niepamięci. Dumałam prawie tydzień i za każdym razem jak mantra przed oczami stawał mi tylko ten jeden film. Tego się nie spodziewacie. Stare, kiczowate i takie dobre:

„Niemoralna propozycja” (Indecent proposal), film  z 1993 roku w reżyserii Adriana Lyne’a. W rolach głównych Demi Moore, Robert Redford i Woody Harrelson.

Film widziałam kilka razy w telewizji. Za każdym razem fontanna z oczu tryska mi na tej samej scenie. Rozbity, ze złamanym na milion kawałków sercem Woody przychodzi do Demi, którą jakiś czas wcześniej za obopólną zgodą „przehandlował” miliarderowi granego przez Roberta Redforda (w 1993 był still hot), by spłacić długi i nie stracić ich dorobku życia. We dwójkę myśleli, że uratują Titanic przed zatonięciem sprzedając swoje małżeństwo jak na aukcji, ale nie przewidzieli, że od biedy gorsza jest utrata miłości. Scena, która wyciska łzy to, gdy Woody przychodzi podpisać papiery rozwodowe. „Don’t do it!” – krzyczy całe twoje serce, gdy słuchasz jego przemowy, „Do something!” – krzyczą twoje nieme usta, by Demi coś zrobiła, by temu zapobiec.

Tu nawet nie chodzi o to jaki ten film był wzruszający, tylko o to jak bardzo Harrelson był cholernie dobry w tej scenie. Było mi totalnie żal typa. Włączcie mi to po raz kolejny i pewnie znowu będzie.

Shot of the day (151)

Lipiec 12, 2016

Wczorajsza ulewa i widok z balkonu nasunęła mi taką myśl, że kontener na gruz i śmieci jest jak kontenerowiec wpływający do portu.

DSC_8804

Shot of the day (150)

Maj 30, 2016

Dzień z życia na działce.

DSC_7397

Dwa psy

DSC_7061

DSC_7014DSC_7067

jeden dobry, drugi też.

Shot of the (148)

Kwiecień 24, 2016

DSC_6663 Chłodnia.

Dzika dzielnica

Kwiecień 23, 2016

Pojechałam dziś do sąsiedniej dzielnicy poeksplorować ją wzdłuż i wszerz z koleżanką, która tamten rejon zamieszkuje .Wilda, bo tak ten fyrtel się nazywa, zaskoczyła nie tylko mnie mieszkankę tego miasta od lat kilkudziesięciu, ale i samą rezydentkę tejże okolicy. Ludzie, tam momentami było dziko. No popatrzcie na ten teren choćby przy wieży ciśnień lub budynku ze śmietnikiem na przedzie.

DSC_6581

DSC_6583

DSC_6591DSC_6596

DSC_6613

DSC_6620

Wychodzi na to, że minął miesiąc od powrotu z wycieczki, a nic nie pisaliśmy* o Glasgow, chyba jednak nadal jesteśmy w szoku, że w Szkocji jest tak zajebiście.

[dużo zdjęć]

DSC_5287

DSC_5293

DSC_5297

DSC_5314

DSC_5324

DSC_5375

DSC_5396

DSC_5410

DSC_5454DSC_5629

DSC_5632

DSC_5678

W Glasgow przeciętna długość życia jest o niemal dekadę krótsza niżeli w całej Wielkiej Brytanii. Nazywa się te „efektem Glasgow”, a winę według kilku hipotez zebranych w Wikipedii zrzuca się na uprzemysłowienie miasta, niedobór witaminy D, alienację i ogólny pesymizm mieszkańców. Kolejnym pociesznym skojarzeniem z tym miastem jest „uśmiech z Glasgow” (Glasgow smile), który zadziornie nosił namalowany czerwoną szminką Joker w Batmanie. Ten uśmiech to rodzaj tortury polegającej na obustronnym nacięciu kącików ust, po czym ofiarę traktuje się kopniakiem w brzuch, co wywołuje okrzyk i ranki się pogłębiają w stronę uszu. Ot, taka szkocka torturowa fantazja.

Nie spotkaliśmy żadnych zbirów na swojej drodze, a smutność jest chyba ostatnią emocją jaką mogliby odczuwać mieszkańcy Glasgow. Szkoci zamieszkujący to miasto to przesympatyczni, otwarci, ciągle uśmiechnięci ludzie, skorzy do small talków gdziekolwiek się znajdą. Sobota wieczór to ewidentnie dla nich świętość, gdy jechaliśmy przez miasto późnym wieczorem, w każdym zakątku miasta, czy to młodzi, starzy, czy biedni, czy bogaci – wszyscy bawili się wspólnie, jakby spędzali ostatni dzień życia na ziemi.

To miasto ma energię, luz (na wielu uliczkach czuć raz po raz zapach zielska jak na jakiejś Jamajce) i niesamowitą architekturę. W tym dla takich koneserów sztuki ulicznej jak ja, odkrywanie za każdym rogiem ulicy murali stanowiło niesamowitą gratkę.

To be continued w notce o krowach wysokogórskich, kiedyś.

  • -śmy, bo Gawith też jeszcze nic skrobnął o tripie, ani żadnym fotkiem nie zarzucił.

 

 

 

 

Pokrętna logika

Kwiecień 1, 2016

Stałe pytanie jakiegokolwiek sprzedawcy w Mc Donaldzie, gdy kupujesz kawę jest takie: – Podać cukier?

I teraz uwaga! Gdy powiesz, że tak to odbierając kawę cukru nie uświadczysz. Z kolei, gdy powiesz przeciwnie, że nie, wiedz, że dostaniesz cukier.

Albo bywa jeszcze inaczej. Pytają, czy chcesz cukier i mówisz, że chcesz i wówczas pada kolejne pytanie: – Podać biały, czy brązowy?

Oczywiście zachodzi identyczny modus operandi co powyżej. Mówisz brązowy, dostajesz biały. Mówisz biały, wjeżdża brązowy. Hyhy.

Dziś dla odmiany po raz pierwszy zamówiłam herbatę. Tak, hjerbatkję w Mc (#mamsmakanamaka), miejcie bekę ze mnie, pozwalam tu i teraz. Ale wracając do meritum, padło pytanie: – Zwykła, czy owocowa?

Mówię, że owocowa. I teraz już wiecie znając powyższy klucz według, którego posługuje się obsługa tejże fastfoodowni, że podali mi oczywiście zwykłą czarną, bo po co jej dawać owocową skoro chciała.

Jeszcze mam jedno ale. Ale to już na sam koniec.

Powiedzcie mi ludzia, dlaczego kupując nuggetsy, do których w ofercie jest pierdyliard sosów, zawsze pada jedno i to samo pytanie: – Czy do tego sos słodko-kwaśny?

Zawsze wyjeżdżają z tym jebanym słodko-kwaśnym, gdy pod ladą tkwi jeszcze śmietanowy, jogurtowy, barbecue i słodko-kwaśny. Dżizys, przecież wiadomo, że chcę barbecue, bo jest najlepszy.

Dziękuję, dobranoc i to nie był prima-aprilis, po prostu ulało mi się jeszcze za dzień wczorajszy.

Konkluzja: zamawiajcie przeciwnie do waszej zachcianki, a będziecie usatysfakcjonowani!

P.S. #jebać_słodko-kwaśny

Ostatnio przeraża mnie pisanie długich notek, więc konsekwencję mamy taką, że nie pisuję w ogóle. Ale z tyłu głowy ciągle ćmi lampa taka mała biurkowa, że trzeba, że tak nie można, że ty leniu i weź ogarnij w końcu dupę. A jak się człowiek sam nie ogarnia to czasami przychodzi drugi człek i wywołuje do tablicy. W moim zacnym życiu tym człowiekiem była Hołka, która sprytnie w notce (już po raz drugi w ostatnim okresie, spryciula!) wspomniała o moim internetowym pamiętniczku i to w samych superlatywach. Osobiście uważam, że wszystkie pochwały są grubo przesadzone, ale efekt został osiągnięty. Sprawiła, że zalogowałam się na niecykliczny i oto jestem, bazgrzę tu do was wszystkich, co ślina na język przyniesie.
Nawiązując w końcu do tytułu i wyjaśniając całe zamieszanie ze wzajemnym podlinkowaniem się to chodzi o to, by polecić blogi, które najczęściej czytamy, których autorzy swoimi przemyśleniami i spostrzeżeniami zostawiają nas z inspiracją bądź szczęką na klawiaturze przez kilka następnych godzin bądź dni. Zaczęłam szykować listę takowych blogów i pojawił się pierwszy poważny problem, bo dotarło do mnie, że ostatnimi czasy już prawie w ogóle ich nie czytuję. Ograniczam się do walla facebookowego, gdzie algorytm podsuwa mi najbardziej lubiane przeze mnie fanpejdże i stamtąd przechodzę w interesujący obrazek z tekstem. I teraz widzę, jak bardzo lamersko to brzmi. Czy mi wstyd? Sama właściwie nie wiem. Ale nie czas na zarumienianie się, trzeba pisać dalej, by post ukończyć i opublikować, co nie?

(Kochani moi, przede wszystkim polecam was samych, bo wiem, że to głównie wy we dwójkę mnie czytacie :D)
1. Gawith– rok, w którym odkryłam jego bloga jest jak rok zero, wszystko co było przedtem jest jak Before Christ i nie ma totalnego znaczenia dla historii. Względnie. Gawith to człowiek, który namieszał nie tylko w moim życiorysie, ale i w kilku innych, bo wiem z kilku źródeł, że to przez jego blogasek, zaczęły wyrastać jak grzybki po deszczu „skopiowane koty” wzorując się na jego oryginalnej stylistyce. My name is copycat too, btw. 

2. Hołka – jak ja jej zazdroszczę, że umie pisać takie długie notki, przy których nie zasypia się w połowie, chłonie się każdy wyraz, literkę i wychodzi się z wiedzą, której czasem trudno szukać w popularnych portalach internetowych. To jest sztuka, którą ta Pani wyssała chyba z mlekiem matki, bo odkąd pamiętam, zawsze taki poziom trzymała. Poza tym to tylko dzięki niej wiem (chcąc, nie chcąc, ale może chcę) co codziennie porabia William Fichtner ;)

3. Dads are the original hipsters – zazdro, że ktoś wyprzedził mnie z pomysłem na tego blogaska o międzynarodowej sławie. Stronka, gdzie treść stanowią w 90% fotki stanowi o tym, że hipsterzy wcale nie są oryginalni w swoim jestestwie, bo hipsterami byli nasi ojcowie. Ogólnie zamysł jest taki, że ludzie z całego świata przesyłają do autorów strony zdjęcia z przed kilku dekad, gdzie nasi starzy wyglądają bardzo hipsta and fucking cool. Tu się nie naczytasz i nie będziesz chłonąć nowej wiedzy, ten blog ma na celu wywołać po prostu uśmiech na twojej twarzy. Bardzo na propsie, a na dole fotka skradnięta na zachętę z rzeczonego bloga byście tam zajrzeli. Bill i Hill z czasów, gdy się nie zaciągali ;)

Bez tytułu

4. Wygrywam z anoreksją – jeśli jesteś z Poznania i lubisz szamać na mieście to po prostu nie wypada nie znać tego bloga. Nie ma miejsca, gdzie serwują wyżer w naszym mieście, którego rednacz (autor bloga) by nie odwiedził, a jeśli tego jeszcze nie zrobił to na pewno ma miejscówę już na celowniku. Recenzje bardzo obiektywne, smakowicie oprzymiotnikowane, że ślina kapie między literki klawiatury podczas czytania i fajne foodporny do tego.

5. Make life harder – ten blog, który istnieje tylko na Fb to w 100% kwintesencja mojego humoru. Te złośliwostki, heheszki i sucharki, którymi chłopaki (bo dwóch autorów) operują to w 100% mój klimat. Czytam nie tylko dla beki. Zazdroszczę im pomysłowości i stylu w jakim piszą. A w ogóle to fajne chłopaki, w tv ich raz widziałam, wyglądają spoko.

6. Make life easier – jak nie znasz tego bloga to jesteś frajerę. Żartuję. Kasia Tusk jest idealna we wszystkim. Wszyscy lubimy podpatrywać, jak Kasia gotuje w kuchni na szpilkach, idzie do kościoła w welurowym kapeluszu lub zamawia moules-frites w restauracji w Paryżu.  Bez niej powyższy blog, by nie istniał, bo Kasia po prostu inspiruje.

To na tyle, badyle. Są święta jeszcze, więc idę świętować odkurzenie bloga.

Wymień trzy kinowe koszmary, a powiem ci czego nie wymieniłeś, a wymienione być powinno. Te koszmary co rzuciłeś w myślach czytając przed sekundą pierwsze zdanie tejże notki to: odgłos wpierdalania popcornu, siorbanie i cena biletu. Zapomniałeś o najistotniejszym. O idiotach, którzy przez pomyłkę wchodzą na nie swoje seanse.
A gdy do tego dorzucisz, że rzecz dzieje się w kinie studyjnym, gdzie odległość jednego fotela od drugiego to -30 cm, czyli połowa ciała intruza tuż obok jest na twoim ciele to wiedz, że masz przejebane.

comedy-header

„Spotlight” to film bardzo zupełnie poważny. Ktoś w oddali chciał skąsić paczkę chipsów, ale po jednym chrupnięciu, gdy skapnął się, że słychać go w całej sali zapewne schował karnie pakę do torby, by nie zakłócać odbioru. Jest to film poważny, autentyczne fakty, więc zachowujmy się rozważnie. Ale jak wiecie każdy ruch ma swoich outsiderów i na moje nieszczęście tacy znajdowali się dwa siedzenia dalej.

Kurza twarz to mało powiedziane.

Jest serio poważna sytuacja z tymi księżmi pedofilami, dziennikarze śledczy odkrywają wierzchołek góry lodowej ponad dekadę temu gdzieś tam w Bostonie, a ta se kurwa bekę odwala co drugie zdanie padające z ekranu. Pani 40+, czyli już dawno po gimnazjum, a emocjonalnie gorzej niż przedszkole. Parka siedząca rząd przed panią śmieszką, uciekła w popłochu okoły połowy seansu kilka rzędów niżej. Moja cierpliwość umarła śmiercią naturalną po nieco dłuższym czasie, zmuszając mnie do przeniesienia się o krzesło w drugi bok dalej. Trzask, trzask krzesełka stuknęły i znowu kolejny powodzik, by się hehe zaśmiać.
Heheszki jeszcze trochę dochodziły do uszu, ale już nie tak irytująco, co choć na koniec seansu pozwoliło się trochę posmucić i podumać w rozwadze.
Polecam piratebay, kino domowe w zaciszu zapewnione.
Żartuję.
A teraz na już totalnie poważnie, może wyjście z sytuacji jest takie, by kupować bilet na samiuteńkim końcu kolejki i wybierać bilety na biegunie polarnym sali kinowej.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.