There’s no place like home
Grudzień 31, 2011
Ostatni dzionek roku spędzam w ciepłych kapciach w domu z młodym, z chrześniakiem, Piccolo i klockami na podłodze. Aha, i z psem mojego taty pod stołem, który ze strachu przed zasłyszanymi zza okien fajerwerkami zrobił mi mini jeziorko z uryny w pokoju. Z ciekawych rzeczy, to jeszcze pozbyłam się przed chwilą pól zęba i wizytowałam niezapowiedzianie panią sąsiadkę, która przyszła po tabletkę na ból głowy i trzymała się ręką za serce. Komuś się kiedykolwiek wydawało, że Sylwester w domu jest peace and easy?! Jeśli tak, to zapraszam do mnie na kwadrat. Obedrę ze złudzeń.

Póki choinka jeszcze nie zaczęła płonąć i petarda nie wystrzeliła mi w okno, idę uszykować sobie wodę do wanny. Miałam taki pomysł, żeby o 23.50 zrobić sobie kąpiel z butelką szampana usytuowaną na klapie i bez odmierzania sekund do północy ponurkować sobie w pianie . Ale jak tak teraz patrzę na żyrandol krzywo wiszący nad wanną, to zastanawiam się, czy to rzeczywiście dobry pomysł.
Mimo wszystko nadal brzmi kusząco, więc pozostaje mi rzucić krótkie adios i życzyć udanego przyszłego dwa-tysiące-dwunastego, bo to ponoć fajny rok ma być. Whatever happens.