Hity z drogi
Luty 7, 2010
- Ta piosenka jest super! (i ciach z 15 volume na 30, to nic, że odsypiałam tydzień na tylnim siedzeniu)
- No to jest to, co wtedy ta cała Mur tańczyła na stole dla tego starego dziada.
-Nie, ona tańczyła wtedy na rurce w klubie.
(i tu się, kuźwa, na dobre przebudziłam i musiałam wtrącić) – To było jak włosy suszyła przed lustrem.
- No, wiedziałam od początku!
Z nimi nie leciał pilot.
Znak od Boga.
Zagubiona autostrada.
Cienka czerwona linia.
Ajm blu.
Wstajesz i masz (w) kubek
Luty 4, 2010
Gdzieś ponad tydzień temu, podeszłam do okna zerknąć na termometr i kopara opadła mi do parapetu. Było siedemnaście stopni mrozu, a to dopiero był początek. W tej samej chwili zadzwonił kumpel pochwalić się, że właśnie biega z innym kumplem po obrzeżach Poznania. Rtęć w termometrze nadal uparcie wskazywała liczbę daleką od zera, a ten chojrak biegi sobie w śniegu wymyślił. Aż mi się gęsia skórka zrobiła. Nawet teraz gdy o tym piszę. Nie wiem, co mnie tknęło, chyba mróz uderzył mi do głowy, ale nie wiele myśląc, na zupełnym spontanie, wyskrobałam krótki koment na profilu Poranka tvn24 na fejsie – odnośnie całej tej sytuacji (uprzedzając wszelkie pytania na zaś, tak – byłam wówczas trzeźwa!). Nabazgroliłam coś w stylu, że minus 17, że kolega biega, i że tym samym przebił samego Turbodymomena. No, taki se suchar walnęłam i sru. Tak jak szybko to napisałam, tak szybko też o tym zapomniałam Jakież było moje zdziwko jak kilka dni później w swojej fejsowej skrzynce odbiorczej, znalazłam wiadomość od samego pana redaktora prowadzącego. Dzięki zimie, dzięki szalonemu Mikiemu zapierdalającemu po śniegu, dzięki (oł je!) portalowi społecznościowemu, dzięki chwilowej głupawce, okazało się, że wygrałam kubek. Sympatycznie jakoś mi sie zrobiło i przyszła mi do głowy pewna górnolotna myśl, że z wygraną jest jak z miłością – przychodzi wtedy, gdy się jej zupełnie nie spodziewamy (to teraz już wiecie jaki bałagan siedział w mojej głowie tego dnia). A wracając do kubka to przysłali go rano, niecałe dwa dni później. Zapakowany był w siatkę, jeszcze jedną siatkę, w jeszcze jednej siatce był papier taki zaklejony na chama taśmą, pod papierem był jeszcze jeden papier (tym razem oszczędzono mi odklejania taśmy), a pod nim pianka i w końcu kubek. Okazał się być bardzo funkcjonalny :)
So you think you really miss the summertime, huh?
Styczeń 27, 2010
Tęsknię za skwarem, przy którym człowiek ledwo zipie, za klarą walącą promieniami prosto w gały oczne, za przegrzanymi autobusami, za niedomytymi pasażerami, za spoconymi pachami, za koleinami w jezdniach, za zatłoczonymi plażami, za widokiem niemieckich emerytów opalających się jak ich Pan Bóg stworzył, za zaskrońcem, który ociera się o nogę na środku jeziora, za powtórkami w telewizji, za ugryzieniami komarów, za wielkimi czarnymi muchami brzęczącymi nad głową każdego ranka, za pszczołami topiącymi się w jedzeniu, piciu i we wszystkim. Tęsknię też za salmonellą czającą się w lodach, za zepsutymi serami w sklepach, za zjełczałym masłem w szafce i za zimnymi napojami, które w dziesięć minut po wyciągnięciu z lodówki, smakują jak ciepły mocz. A najbardziej tęsknię za tymi momentami, kiedy człowiek ma już serdecznie dość tego wszędobylskiego upału, i zaczyna skrycie marzyć, aby w końcu przyszła zima.
Summertime i Ula wdzięcznie pozująca przed starym dobrym Pentaxem, który karnie został odesłany na przedwczesną emeryturę. Za to, że był tylko zwykłym analogiem.
Obiecywam zrobić ripostę za pół roku latem o zimie.
Run, Brudziński, run!
Styczeń 24, 2010
Jakby tu poseł Joachim Brudziński (PiS) mógłby się wytłumaczyć z dzisiejszej ucieczki z porannej audycji u Moniki Olejnik z Radia Zet?! “Jestem na diecie od nowego roku. Jak tylko zobaczyłem zastawiony stół, postanowiłem jak najszybciej wybiec, by nie ulec pokusie…” (kupuję!), “przypomniało mi się, że czajnik zostawiłem w domu na gazie…” (tyle tych afer ostatnio, a właściwie to komisji od afer, że o roztargnienie nie trudno, więc dobra, też kupuję), “przypomniało mi się, że nie spłukałem w ubikacji wody po sobie, a żona jest pedantką, dzieci szybko się brzydzą…” (pff, to masz pan pecha), “zobaczyłem ogórki na talerzu i przypomniała mi się zakrapiana balanga u Jarka z przed dwóch dni, aż mi się na pawia zebrało…” (nie no, panie, jaki Jarosław? jaka balanga??), “miałem na sobie ten sam sweter co Palikot, nie chciałem popełnić gafy modowej” (akurat!) i ostatnie co mi przychodzi do głowy: “Wbiegłem do studia na ostatnią chwilę, ponieważ rano miałem problemy z odpaleniem samochodu. Gdy zorientowałem się, że jest tam już pan Janusz Palikot, spokojnie opuściłem studio. Nie chciałem uczestniczyć w tym samym programie z panem Palikotem” (że co? to pan się w politykę bawisz czy w piaskownicę?) Tylko, że to ostatnie tak na prawdę nie “przyszło mi do głowy”, tylko Brudziński wytłumaczył się tak naprawdę. Jak człowiek nie ma siły argumentów, to się za tak zwanym bojkotem chowa.
Według “Rzeczpospolitej”, to prezes Jarosław Kaczyński wydał działaczom dowodzonego przez siebie ugrupowania zakaz pojawiania się w tych samych programach radiowych i telewizyjnych, w których gościem jest krytykowany za język używany w polityce Janusz Palikot.
P.S. Czy tylko mi się te mikrofony u Olejnikowej w studio kojarzą z wielkimi marchewami?
Nawet matrioszki swoje wołgi mają
Styczeń 22, 2010
Czy kiedyś w Polandii doczekamy własnej edycji Vogue’a?! Tego nawet czarnoksiężnicy z magiczną kulą w tle, nie są w stanie przewidzieć. Chociaż trudno mi sobie kogokolwiek z naszej rodzimej feszjonerskiej branży wyobrazić w roli polskiej Anne Wintour, to jednak miło by było kiedyś dożyć tego czasu i znaleźć w kiosku na półce polish edition. Ale to czego my nie mamy, mają już za Uralem. Mają i się dobrze prowadzają, spychając inne edycje w głąb wszystkiego, co się da upchnąć głęboko i głębiej. Anne Wintour w swojej szklanej wieży niech sobie dalej wpierdala listek zielonej sałaty i główkuje nad czerwieńszym odcieniem czerwieni swojej sukni, a tymczasem jej koledzy pół globu dalej aranżują najlepszą sesyję w miesiącu styczeń, w roku twenty ten. Szkoda, że tylko cztery foty machnęli. To znaczy pewnie było ich z kilkaset więcej, ale druknęli jeno tylko cztery.
Maria Timonina photographed by Dani Golovkin for Vogue Russia, January 2010
Because I’m an indifferent bitch and nothing surprises me at all
Styczeń 19, 2010
Jeszcze kilka lat wstecz nie wyobrażałam sobie dnia bez tony newsów płynących dla świata z telewizji, i drugiej tony gazet z również niezbędnymi informacjami z dnia poprzedniego. Nie wiem jak tego dokonali nasi politycy i dziennikarze, ale dzisiaj na dźwięk jingla jakiejkolwiek stacji informacyjnej mam odruch wymiotny, a z gazet żywię się jedynie nagłówkami wypatrzonymi w kiosku. Nie wiem też dlaczego zakładam powyżej, że nie wiem dlaczego taki stan rzeczy ma miejsce, bo to chyba jasne jak lampa na biurku, która mnie właśnie oślepia, że wszystkiemu jest winne jedno wielkie pierdolenie od rzeczy oraz wielka nieokiełznana mania, by to robić ciągle, bez ustanku.
Poniższa piosenka niech będzie dedykacją dla tych wszystkich dziennikarskich i politycznych oszołomów akonto tegorocznych, nadchodzących wyborów. Strach się bać ile nam głów gadających przybędzie.
Powiedz mi, co mówisz, a powiem ci, co słyszę
Styczeń 12, 2010
Ponoć pierwszą piosenką, którą zaczęłam sobie nucić była “Nie płacz Ewka”. Miałam niecałe 3 latka, usiadłam sobie na dywanie oparta o framugę drzwi i zapodałam moim zdziwionym rodzicom pierwszą w życiu arię. Pierwszą i na szczęście ostatnią. Chociaż moment, potem jeszcze był przypał z “Kasztanami”, ale to było dużo później i w sumie usłyszeli przez przypadek. Matka jechała gdzieś w delegację i chciała na drogę wziąć sobie kasetę z piosenkami Whitney Houston. Niestety wzięła nie tę kasetę, co trzeba. No, było prawie jak Whitney, a prawie to wiadomo co robi. W każdym bądź razie później jak już gdzieś zdarzyło mi się coś śpiewać, to dbałam o to by minimalizować publikę do zera. Ale za to jeszcze później zaczęło się wyłażenie na koncerty i różne inne imprezy, i człowiek darł się z całym towarzystwem na całe gardło ile wlezie, nie zważając na nikogo i na nic. I się, kurwa, okazało, że przekręcam teksty piosenek. W kościele na pasterce zamiast “panna czysta porodziła syna” śpiewałam “poroniła syna”, na koncercie Kazika jego “siedzę i się dziwię” zamieniłam na “siedzę i siedzimy” – logiczne to to nie było, ale zdawało się brzmieć całkiem cool. Natomiast w zaciszu pokoju ze słuchawkami na uszach na pewniaka nuciłam szlagier Bartosiewicz Jenny “w nos bił na oślep”, podczas gdy miało być “los bił na oślep”. Wszystko fajnie pięknie, w cudownej niewiedzy sobie żyłam, aż kiedyś przyszedł kumpel na herbatkę i sobie o piosenkach Kultu, którego średnio lubię, zaczęliśmy gadać. I ja mu wyskakuję, że jakiś głupi i bez sensu tekst zapodali w jednej z piosenek, który według mnie brzmiał tak: “Znów w dłoni zamiast płaskiej butelki. Znany kształt kolby od mirabelki”. Na, co kolega, który omal nie zszedł z tego świata dusząc się ze śmiechu, zdołał resztkami sił wycedzić: – Jakiej znowu mirabelki? Tam jest: parabelka. Sama jesteś głupia i bez sensu.
Na szczęście okazało się, że nie tylko ja jestem głupia i bez sensu, ale większość populacji tego globu również zachowuje się jakby miała ostry niedosłuch. Osobiście wychodzę z założenia, że to inni niewyraźnie mówią, by nie psuć sobie humoru jakimiś wydumanymi wadami. Ale wracając do reszty populacji, to pierwszym lepszym przykładem z brzegu niech będzie lekcja muzyki w mojej starej podstawówce. Pani nauczyła nas piosenki, której refren leciał o tak: “graj alleluja, graj alleluja”, a koleżanka z ławki na zupełnym luzaku śpiewała: “jajka nie lubię, jajka nie lubię”, i oczywiście na koniec skwitowała, że to dziwna piosenka była. No pewnie, że dziwna, bo kto by tam jajek nie lubił?! Potem jeszcze na apelu szkolnym słyszałam jak przekręca hymn Polski, coś na kształt lapsusa Pana Prezesa Oczywista Oczywistość, tylko, że u niej Dąbrowski maszerował z ziemi polskiej do Polski. I, żeby było śmiesznie, to mnie pocieszyło. Pocieszyłam się też i dzisiaj tymi wszystkimi historiami, gdy śpiewałam w samochodzie Incubusa Diamonds and Coal, i zaprawdę nie wiem jak to Boyd zrobił, że z “how long” słyszałam “hello”. I, kuźwa, nadal słyszę. Czy też w innej z piosenek kogoś jeszcze innego, zamiast “keep tryin’ girl” – “keep triangle”. Wesoło było, i na trzymaniu trójkąta się skończyło.
Okazuje się, że ludzie tak często mylą teksty piosenek, że nawet po jakimś czasie niektórzy stają się fanami tych pomyłek. Jeden Amerykanin zaczął kolekcjonować! wszystkie przesłyszenia w 1996 roku, dziś ma odpowiednią ku temu stronę i ponad 100.ooo wpisów-przekręceń od ludzi z całego świata. Może to i głupie na swój sposób, ale na inny sposób znowuż takie głupie nie jest. Bo im śmieszniej przekręcony song, tym fajniejsze anegdoty potem do opowiadania. Grunt to nie robić tego celowo, bo cała rzecz w naturalnym, nieświadomym przesłyszeniu leży. Na owej wspomnianej stronie, zespołem, którego utwory najczęściej przekręcano, jest, co raczej nie dziwi, The Beatles. Wystarczyło mi rzucić okiem na jedną ich piosenkę – Let It Be – i już samego tytułu znalazłam kilka przefajnych przekręceń: “Larry pee”, “Lady B.”, “let me pee”, “little be”, czy choćby “Lennon be”. Zerknęłam też do Jacksona, bo jego songi były najczęściej przekręcane następnie z kolei, i może nie miał wielu śmiesznych mishearingów, ale jeden mnie zadziwił. W Bad ktoś usłyszał “you better bring your ass for nothing” zamiast “but my friend, you have seen nothing”. Zadziwił, bo powtarzam obydwa zwroty sobie na głos i nie mogę znaleźć wspólnego mianownika. Za to śmieszny jeszcze znalazłam tekst u Red Hotów, gdzie ktoś przy By The Way śpiewał sobie “daddy’s a girl-scout selling cookies to me”, a powinnno być “Dani the girl is singing songs to me”, i u Days Of The New ktoś sobie śpiewał “sitting on a billy goat” zamiast “since I know how low to go”. Ale, to ostatnie mnie nie dziwi, bo znam piosenkę, i powiem tyle, że wokalista, w tym właśnie miejscu, wyrzucił z siebie coś na kształt bełkotu, połykając kilka sylab.
Pół biedy jak się tylko piosenki przekręca, gorzej jak się wypowiedzi innych nie dosłyszy tak jak powinno. Pół biedy też jak się źle usłyszy kogoś z rodziny lub jakiegoś frienda, gorzej jak z kimś oficjalnym stajlem konwersujemy. Gorzej też jak się idzie na randko-spacer, a jak wiadomo w takich sytuacjach chcemy chociaż na początek wypaść lepsi niż w rzeczywistości jesteśmy, i kupując spaghetti w Avanti, przy odbieraniu żarcia od kasjerki, postawia cię ona w najwyższym stopniu konsternacji i osłupienia pytając: “Do tacki czy do ryja?”. Tak powiedziała, seriously. Niech moim wytłumaczeniem pozostanie też fakt, że nie byłam wówczas do końca trzeźwa, i że to dawno i nie prawda było.
Koń cówka
Styczeń 9, 2010
Mikula, jakby to powiedzieli Amerykańcy, czyli Mikołaj i Ula, wpadli z samego rańca zastając mnie rozczochraną w piżamie. Rzuciłam im w twarz pospiesznie pilotem i książką, i zabarykadowałam się na chwil kilka w łazience. Jak wróciłam to oni już leżeli na podłodze turlając się ze śmiechu, bo właśnie odkryli w tej książce, którą mam na stanie już kilka dobrych lat, fajny obrazek. Dziwne, że też nigdy przedtem nie zwróciłam na niego większej uwagi. Naprawdę dziwne, dziwniejsze niż sam obrazek.
P.S. Że też komuś chciało się robić ripostę do mojego rocznego podsumowania ;)
Who is it?
Styczeń 7, 2010
Na pewno
Styczeń 1, 2010
Babcia wraz z początkiem roku miażdży. Czyli krótki dialog noworoczny.
- A wiesz, Tusk dzisiaj rano nie grał rano w tym takim meczu.
- Czemu?
- Na pewno se wczoraj pochlał.
















